Tyle już kroków wolejowych zrobiliśmy i dopiero teraz nawiązuję do pracy rąk? Przecież wolej, jak i cały tenis, zasadza się na pracy rąk trzymających rakiety, powie ktoś! Oczywiście, nie będzie to nikt z Was, którzy brniecie ze mną przez moje rozważania. My już wiemy, że praca rąk w tenisie to jeden z wielu aspektów. I niewiele będzie znaczyć, jeżeli pozostałe elementy układanki technicznej nie będą stanowić odpowiedniego gruntu.
Co nie znaczy, że pracę rąk można zaniedbać. Że można puścić luzem, na pastwę złych nawyków. Praca rąk też wymaga szczegółowego omówienia, a potem konsekwentnej realizacji podstawowych reguł. Po kolei…
POZYCJA PRZED UDERZENIEM
Samo ustawienie w sensie odległości od siatki jest sprawą o tyle indywidualną, że każdy z nas w nieco innej odległości może czuć się komfortowo. Jedni, dla przykładu, na loba reagują szybciej, inni będą woleli nieco odsunąć się od siatki, kosztem presji na przeciwnika i komfortu gry woleja. Ogólnie ja staram się przebywać w takiej odległości, by w każdej chwili móc dotknąć rakietą siatki. Ale dziś nie o tym, dziś szybciutko wracamy do tematu rąk.
Łokcie wypychamy lekko do przodu, rakietę trzymamy oburącz przed sobą w taki sposób, by główkę mieć przed nosem. Niczym gardę do obrony twarzy, jak chcą niektórzy. Ale przecież nie w celu obrony do siatki zmierzasz! Z takiej pozycji zwyczajnie najefektywniej jest uruchomić rakietę do szybkiego uderzenia. Uchwyt koniecznie kontynentalny, czyli powierzchnia naciągu w położeniu pionowym. Identycznym zarówno dla forhendu jak i bekhendu. Nie ma czasu na manewrowanie uchwytem podczas wymiany wolejowej.
UDERZENIE
Samo uderzenie też jest szybkie, krótkie. Nie bawimy się w imponujące zamachy. Bezpośrednie odprowadzenie rakiety w bok, równolegle do siatki w zupełności wystarczy. I tak gramy zazwyczaj siłą przeciwnika, poza tym uderzysz przecież przed sobą, więc główka zdąży nabrać prędkości. Zwłaszcza, jeżeli wsparta odpowiednim balansem tułowia, ale to znowu temat na inną opowieść.
Sprawą często dyskutowaną za to jest wykończenie woleja. Niektóre instruktaże, zwłaszcza amerykańskie, publikowane w postaci multimedialnej sugerują bardzo krótki ruch rakiety i szybkie zablokowanie przed sobą ręki w łokciu. Naprawdę krótki ruch, może 30, może 40 centymetrów, gdyby liczyć tor główki rakiety. I ja bym się nawet z taką techniką zgodził właśnie w warunkach nawierzchni twardych, gdzie uderzenia bite są płasko, mocno, a do piłek nie klei się mączka.
Jak już kiedyś bodaj zdarzyło mi się pisać, w naszych warunkach, gdzie styl grania bywa znacznie bardziej urozmaicony, a piłki zdarzają się cięższe i odbijają się słabiej, warto mieć w arsenale wolej dłużej wykańczany. Wykańczany w ten sposób, że rakieta wchodzi nieco pod piłkę, a jej pozycja finalna w zasadzie pokazuje kierunek, w którym uderzona piłka ma podążać.
Nie zrozum mnie źle – w żaden sposób nie neguję krótkiego woleja. Tak się bardzo często właśnie gra, zwłaszcza gdy reagujemy na bardzo silnego passing shota. Czasem wręcz wystarczy tylko wyciągnąć rakietę w bok i pozwolić na wykorzystanie siły uderzenia rywala. Bywa, że wręcz nie ma czasu na inną reakcję. Są też jednak sytuacje, bardzo częste, gdy uderzana wolejem piłka nie osiągnie wymaganej dynamiki ani kontroli bez dłuższego wykończenia. Wspomniałem o cięższych piłkach. Wspomniałem o miękkich, technicznych, niskich próbach minięć. Prawdziwym jednak testem dla skuteczności Twojego woleja będzie reakcja na uderzenie slajsowane, czyli grane z rotacją wsteczną. Rotacją powodującą, że piłka zsuwać się będzie w dół z Twojego naciągu. Rotacją nie bez powodu znacznie częściej stosowaną przez doświadczonych tenisistów właśnie wtedy, gdy kort jest ciężki, wolny , wilgotny. W takich wypadkach krótki wolej, zwłaszcza jeżeli poparty pasywną pracą ciała, to gwarancja „zaliczenia” siatki.
Przy okazji, skoro my już przy tych bardziej wymagających odmianach woleja - ważna reguła, powtarzana ostatnio często przeze mnie. Absolutnie krytyczna przy uderzeniach niskich, ale istotna przy każdym woleju - staramy się, by nadgarstek trzymający rakietę ściągnąć niżej, niż znajduje się uderzana piłka. Zwróć na ten detal uwagę, nagrodą będzie miękki, łatwiej kontrolowalny wolej. Owszem, czasem trzeba się napracować, by osiągnąć ten efekt, zejść niziutko na nogach. Warto...
Powyżej zastosowano pewne uproszczenie, ale niech będzie. Możemy założyć, że to wysokość, na jakiej uderzamy piłkę determinuje długość i sposób jej prowadzenia na rakiecie. Najważniejsze, by mieć świadomość, że wolej to w zasadzie kilka różnych technicznie uderzeń. Wszystkie należy czuć i grać swobodnie. Nawet drajw wolej, który ja osobiście traktuję w kategoriach uderzenia sytuacyjnego i w niniejszym cyklu świadomie omijam, jako bliźniaczo podobny do klasycznego forhendu czy bekhendu.
Jak trenować wolej krótki? Wystarczy stanąć blisko siatki i „łapać” płaskie, silne uderzenia trenera czy sparringpartnera. I kierować, zgodnie z zamierzeniem, w każdy niemal punkt kortu po drugiej stronie siatki. Kończyć wymiany silnym, płaskim uderzeniem albo gasić niepozornym stop-wolejem, dodatkowo rozluźniając nadgarstek. O, mniej więcej tak, jak pokazuje ten oto pan.
Długo za to nie miałem prostego patentu na wszechstronny trening niższych, obszerniej prowadzonych wolejów. Podobał mi się patent braci Bryanów na "spacer do siatki" - wymianę, którą zaczynamy z głębi kortu i po każdym uderzeniu robimy krok w przód. Zaczynając od wolejów bardzo długich, kończąc niemal zderzając się rakietami ze sparringpartnerem. I wszystko super, ale to już naprawdę kawał zaawansowanego grania.
Na swoje potrzeby wymyśliłem wariant prostszy. Zaczynamy bliziutko siatki, obaj ćwiczący w takiej samej odległości. Odbijamy 8-10 wymian. Krok w tył... 8-10 wymian... krok w tył... i tak dalej... Dla celów deblowych, grywam to ćwiczenie w wariantach crossowych, czyli najpierw wymiany forhendowe po przekątnej (bekhendów granych z okolic środka też nie unikamy) a następnie, po "przespacerowaniu" całej długości kortu, przechodzimy na przekątną bekhendową. I analogicznie - blisko siatki... 8-10 wymian... krok w tył...
Gratisowo dodatkowa korzyść - piękne czucie całego kortu i ogranie półwoleja, który siłą rzeczy co jakiś czas się przytrafia. Czyli umiejętności nieocenione zwłaszcza w grze podwójnej.
A tam już naprawdę trzeba być "bogiem siatki", jak to zatytułował siebie pewien rezolutny młodzieniec, przeciwko któremu nie dalej jak przedwczoraj grałem debelka. Na prawdziwie rzetelne ogranie i reputację trzeba sobie jednak zasłużyć mozolnym treningiem i setkami pojedynków. Pocieszyć Cię jednak mogę, że wolejowe treningi opisane jak wyżej same w sobie stanowią pewne urozmaicenie w porównaniu z klasycznym klepaniem wymian z głębi kortu...
... tak więc nie masz wymówek...
Deklarowałem, że testów sprzętu na blogu nie będzie i proszę, łamię deklarację. O ile oczywiście to, co poniżej napłodzę nazwać będzie można testem. Skorzystałem sobie bowiem z możliwości, jaką daje pobliski Decathlon i wypożyczyłem rakietę. Rakietę wziętą do ręki przypadkowo, a w zasadzie za namową syna Sebolka, który sugerował Babolata, bo lubi Nadala. Swoją drogą coś hiszpańskie te jego zainteresowania sportowe są… Real ubóstwia, Ronaldo wprawdzie nie Hiszpan, ale po sąsiedzku, więc się liczy. Mógłby jeszcze Rubio i Gasoli… ale tu jest usprawiedliwiony, wszak w jego zorientowaniu koszykarskim absolutny numer jeden to oczywiście rodak.
O czym to ja miałem? No tak, o tenisie… Wyszedłem zatem ze sklepu dzierżąc w dłoni żółciutkiego Babolata Aero Pro Drive z mocnym postanowieniem, że zaplanowany chwilę później trening wykorzystam na zapoznanie się ze sprzętem.
No dobra, wybór nie był tak do końca przypadkowy również i z mojej strony. Kilka lat wcześniej bowiem analogiczny model próbowałem ogrywać na jednym z turniejów deblowych, odkładając z obrzydzeniem po kilku gemach. Jak się później okazało – złe wrażenie zawinione zostało przez piłki. Fatalne Tretorny, którymi grać nie potrafiłem niezależnie od rakiety. Babolacik zasługiwał zatem na przeprosiny i drugą szansę.
Dlaczego biorę się za spisywanie wrażeń, skoro żaden ze mnie ekspert od spraw sprzętowych? Technologii Aero (tak jak i pozostałych) nie zadaję sobie nawet trudu zrozumieć, traktując przede wszystkim jako papkę marketingową. Przynajmniej do momentu, gdy wezmę rakietę do ręki i rzeczywiście poczuję, co w niej siedzi. I tak traktuj niniejszy post. Jako garść wrażeń. Jako dodatek do recenzji uznanych specjalistów sprzętowych.
A przede wszystkim – jako zachętę, by też samodzielnie ogrywać rakiety. Bez sugerowania się opinią znajomych, że „ten model jest świetny”. Dla jednej osoby może być świetny, dla innej nie, rzecz subiektywna. To samo dotyczy haseł i twarzy reklamowych, a nawet bardziej. Przykładowo, choć model będący dzisiejszym bohaterem przypisuje się Rafaelowi Nadalowi, to oczywistym dla mnie jest, że Nadal dokładnie czymś takim nie gra i grać nie będzie.
Do rzeczy.
Wychodzę ja sobie z Babolatkiem na kort, odbijam kilka pierwszych piłek małego, rozgrzewkowego tenisa i szybko odnoszę spodziewane wrażenie komfortu gry. Ramy grubości, nie przymierzając, rury od mojego odkurzacza robią swoje. Wymyślne systemy technologiczne być może też. Piłka, jak to się mówi, dobrze „leci”, bez wysiłku. Do tego stopnia, że mam problem, by ją utrzymać w karach serwisowych. Kładę to jednak na karb słabego ogrania z nowym sprzętem.
Wrażenie jak najbardziej pozostaje aktualne podczas gry z linii końcowej. Ba, nawet bardziej zaczyna uderzać manewrowość rakiety. Główka w zasadzie nie wydaje się być lekka (do czego wrócę jeszcze przy okazji serwisu), a jednak nie ma problemu z wykończeniem szybkich, ciasnych crossów, nawet gdy jestem niemało spóźniony przy uderzeniu. Jednym słowem – stwierdzenie, że sprzęt „wybacza błędy” jest jak najbardziej na miejscu. Pozostałe uderzenia też zdają się być prowadzone niejako na autopilocie, tak w przypadku dynamiki uderzenia, jak i trajektorii piłki. Taki stan rzeczy ma oczywiście i swoje minusy. Jak każda rakieta o podobnym profilu, Aero Pro Drive okazuje się dla mnie mało czuła, gdy zażyczę sobie przyspieszyć, podkręcić tempo, czy skorzystać z manewru technicznego, przy którym rakieta winna stanowić niejako przedłużenie ręki. Nie to, żebym okazał się tu szczególnie zaskoczony, ale zwyczajnie tego modelu nie poczułem. I pewnie nic tu nie zmieniłyby kolejne sesje testowe. Taka uroda i albo się ją akceptuje, albo nie… Zaawansowani, dynamiczni tenisiści zapewne nie zaakceptują i ok. – istnieje powiedzenie, że jeżeli sprzęt ma być wszystkiego, ostatecznie okazuje się być do niczego. Z rakietami jest podobnie. Ta po raz kolejny krzyczy wprost, że przeznaczona jest do gry komfortowej, raczej rekreacyjnej.
To samo z wolejem. Bardzo wygodny, względnie łatwo jest zagrać bezpieczne uderzenie. Nic się nie zmienia w zakresie manewrowości. I to samo wrażenie przyjemnej stabilności, które znałem dotąd z modeli wyważonych na główkę, przez co wymagających silnego nadgarstka i dobrej techniki.
Owa stabilność szczególnie daje o sobie znać przy serwisie. Z jednej strony czuję, że mam w ręce kawałek narzędzia, zdolny zmusić piłkę do nabrania solidnej prędkości. Z drugiej – aktualna pozostaje swoboda operowania nadgarstkiem. Sprawa niesłychanie ważna przy serwisie, gdzie dynamiczne ściągnięcie rakiety w dół to obok prawidłowego balansu ciała kluczowy element atomowego podania.
I znowu, z drugiej strony – choćbym nie wiem jak się starał, poza pewien charakterystyczny dla tego modelu próg dynamiki wyjść nie potrafię. Ale może to i dobrze? Łatwo bowiem przedobrzyć, spiąć się przy serwisie, próbować uderzać na strzał, usztywniając stawy. Babolacik mówił do mnie w takich momentach: „easy my friend!”. Pewnie, chcą gracze, którzy nie chcą lub nie potrafią „easy”.
Dlatego oczywiście Aero Pro Drive nie jest rakietą dla wszystkich. Banał. Nie jest zresztą powiedziane, że to rakieta tylko dla graczy leniwych lub rekreacyjnych. Zdaje się, że widziałem ten model w rękach graczy, których o brak techniki, ogrania czy kondycji zdecydowanie posądzać nie można. Jeżeli jednak preferujesz urządzanie sobie na korcie strzelnicy spod znaku serwisu i woleja – prawdopodobnie wybierzesz inny sprzęt, nawet jeżeli początkowa Twoja reakcja będzie entuzjastyczna. W innych przypadkach próbuj, ogrywaj. Podobnie jak ja, daj szansę!

Momentum… To dziwne pojęcie o którym wspominałem już wcześniej w swoich postach. O które toczyła się zażarta dyskusja pomiędzy fanami definicji matematycznych i osobami, które sport postrzegają w sposób nieco mniej ścisły. Przez tych pierwszych coś, czego nie da się opisać wzorem nie ma prawa istnieć, a wrażenie owego istnienia powodowane jest przez zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Jak potwierdza piętnasta porada Craiga Townsenda, psychologia nie ma wątpliwości – momentum istnieje. Mało tego. Momentum to zjawisko sterowalne, jeżeli tylko temat potraktujesz poważnie i z pewną dozą subtelności oraz wprawy.
Tricków na odwrócenie momentum, lub wręcz przeciwnie – na utrzymanie, jest sporo. Mniej lub bardziej eleganckich, często opisywanych już przeze mnie na blogu. Dziś skupimy się na taktyce z pozoru banalnie prostej, przytaczanej na przykładzie Ivana Lendla i jego mistrzowskiego opanowania takich niuansów. Taktyce polegającej na subtelnym skracaniu przerwy pomiędzy wymianami w momencie, gdy wygrywasz. I wręcz przeciwnie – delikatnym, wręcz niezauważalnym dla osoby postronnej wydłużeniu czasu po wymianie przegranej.
Tak, jeden, cały post poświęcony tak prostemu mechanizmowi. Nie sztuką jest bowiem przebiec oczami po obszernej liście z przybornika kortowego cwaniaka. Nie sztuką byłoby nawet wykuć punkt po punkcie na pamięć. Sztuką jest wziąć na warsztat jeden drobny patent i opanować go z należytą maestrią, swobodą i pewną przezroczystością stosowania. Nawet, jeżeli ów sposób jawi się jako prymitywny wręcz.
Bo i cóż może być wyrafinowanego w skracaniu czy wydłużaniu przerw między punktami w meczu? Noo, kilka rzeczy. Kilka niuansów. Po kolei…
Rzecz nie polega na tym, by po wygranym punkcie sprintem biec i w pośpiechu zajmować pozycję do serwisu czy returnu. A po przegranym – leniwie obejść dookoła kort, narażając się na ponaglenia sędziego i dezaprobatę przeciwnika. Różnica powinna być niepozorna. Jeden kozioł piłki więcej, gdy serwujesz po przegranej piłce. Jeden mniej, gdy po wygranej. Postukaj w podeszwy, by strzepać mączkę po przegranej piłce (o ile grasz na stosownej nawierzchni) lub popraw struny w naciągu. Może otrzyj pot z czoła. I tyle.
Co najważniejsze jednak – stosuj taktykę konsekwentnie! Nie w chwilach, w których akurat olśni Cię, że przecież taki był Twój zamiar. Konsekwentnie przez cały mecz. I następny… I jeszcze jeden. Wczoraj przekonałem się, jak trudno pamiętać o takim postanowieniu, gdy gram na punkty, gdy zwykłem koncentrować się na innych aspektach. Należałoby zatem poświęcić kilka pojedynków na dokładnie takie ukierunkowanie swej uwagi. Do czasu, aż taktyka stanie się pewnego rodzaju nawykiem.
Wówczas obserwujmy efekty. Też nie nachalnie. Nic na siłę, nie oczekuj błyskawicznych i walących po oczach efektów po trzech wymianach rozegranych zgodnie z taktyką. Ciesz się, jeżeli uda Ci się w ciągu kilku najbliższych miesięcy wyciągnąć przegrany mecz. I buduj na tym.
Przecież to tenis. Tym trudniejszy, im głębiej w las wejść. Tym więcej tych „małych rzeczy”. Ale za to ile frajdy, gdy te małe rzeczy zaczynają grać razem z Tobą!
B jak... brzuch! Nieee, nie bekhend. To przecież zbyt oczywisty wybór. Zbyt oklepany. Ale nie tylko z tego powodu ominąłem bekhend. Coraz częściej bowiem zauważam, że staje się bekhend problemem tyleż legendarnym co... nieaktualnym. Pewnie, nadal wiele osób ma problemy z tym uderzeniem, ale przecież każde uderzenie kłopoty potrafi sprawić. A odkąd praktykowany jest przez większość trenerów wybór bekhendu oburęcznego na początek nauczania, obserwuję naprawdę dużą swobodę, z jaką świeżo pozyskani dla tenisa adepci bekhendem się posługują.
Więc nie, nie bekhend. Pewnie, o bakhendzie będę jeszcze pisać nie raz, choćby w serii "krok po kroku", z którą ostatnio nieco przysnąłem, ale bynajmniej nie zarzuciłem.
Wracam zatem do brzucha. Dlaczego brzuch? Bo to bardzo ważne mięście, nie tylko w życiu codziennym, ale i w tenisie. Można zaryzykować tezę, że to druga najważniejsza partia po mięśniach nóg. Ba, może porównywalnie ważna? Bo ileż to razu pisze się o dynamicznych skrętach tułowia podczas uderzeń z głębi kortu, o szybkich zwrotach... Coraz powszechniej stosowane są w nowoczesnym tenisie pozycje otwarte, gdzie mięśnie brzucha częściowo przejmują rolę nóg i jeszcze bardziej odpowiedzialne stają się za dynamiczne wykonanie forhendu czy bekhendu. A przecież jeszcze mamy uderzenia typu serwis, gdzie rola mięśni brzucha w końcowej fazie uderzenia jest może rzadko dostrzegana, ale ważna!
Nie problem zatem w tym, po co ćwiczyć, tylko: jak? kiedy? Bo przecież mało kto da radę wygospodarować kolejną porcję czasu na takie fanaberie, jak trening mięśni brzucha. Ja jakoś daję radę.
Daję radę, bo na szczęście brzuch da się trenować w tak zwanym "międzyczasie", bez specjalnego przygotowania, bez specjalnych poświęceń. To coś jak z poradami dotyczącymi pracy nóg. Tam sugerowano, żeby zrezygnować z windy, co skupulatnie zastosowałem. Tu dowiemy się, że warto wykorzystywać każdą wolną chwilę. Korki, praca biurowa, dojazdy tramwajem. Każda okazja jest dobra, by przeznaczyć ją na spinanie mięśni.
Oczywiście, przydałoby się też wzbogacić dzień o porcję brzuszków. Staram się rano poświęcić pięć minut, naprawdę nie potrzeba więcej! Ważna jest konsekwencja i regularność, nie zarzynanie się jednorazowymi maratonami. Tym bardziej, że ćwiczyć brzuch trzeba z głową, tak, by Twój kręgosłup nie zaprotestował. Nie tylko w rozsądnych proporcjach, ale i prawidłowo technicznie. Jeżeli masz ambicję czynić szybki postęp, a i o wygląd kaloryferka zadbać, możesz spróbować jednego z programów brzuszkowych. Powtarzam jednak: lepiej na spokojnie, a konsekwentnie, niźli z zapałem wielkim, ale słomianym. Ja robię zazwyczaj nie więcej niż sto brzuszków dziennie. I nie spodziewam się efektów zapierających dech w piersiach, ale i wstydzić się nie mam czego :-).
A jeżeli należysz do tych szczęśliwców, którzy mają czas, by regularnie zaglądać na siłownię, nie traktuj treningu mięśni brzucha po macoszemu. Tym bardziej, że przy odrobinie planowania i samodyscypliny można takie zajęcia połączyć z domowym w jeden spójny cykl treningowy.
Co robić... Ja też kiedyś nie cierpiałem ćwiczeń ogólnorozwojowych i uważałem, że skoro mam być tenisistą, to mój trening powinien polegać na machaniu rakietą. Nic bardziej błędnego, niestety. Wspominałem kiedyś, że mecz można przegrać na róznych płaszczyznach. Mentalnej, fizycznej, technicznej. Ćwiczymy zatem wszystkie po trochu. Niebawem zajrzymy do kolejnej ze skarbnicy porad Craiga Townsenda.

Wiem, wiem, wiem. Moja wina. Nie pisałem długo i to sie musi zmienić. Póki co naszła mnie eureka i na szybko muszę się z Wami podzielić, choć wracam prosto z kortu i oczy się kleją...
Początki olśnienia sięgają jakichś dwóch tygodni wstecz, kiedy to moja podopieczna Ania raczyła mnie wystawić, nie przychodząc na trening, z powodów absolutnie zresztą usprawiedliwionych... Mniejsza... Pozostawiony sam na korcie postanowiłem oczywiście czas wykorzystać w sposób najlepszy z możliwych, czyli waląc serwis do momentu, aż mi prawie bark wypadł z zawiasów.
Ja sobie bardzo cenię takie okazje, zazwyczaj bowiem w czasie tych sesji łapię naprawdę dobre uderzenie. Problem w tym, że nie na długo. Do tej pory, mam nadzieję.
Na wiele sposobów próbowałem odtwarzać mechanikę serwisu z tych momentów, gdy piłką niemal gwoździe mogłem wbijać na obszarze docelowego kara. Ustawienia ciała, uchwyt, wyrzut... nawet ugięcie kolan, co dla mnie i moich kończyn może być praktyką zabójczą. Nic nie pomagało. A wszystko przez regułę wpajaną mi od czasów szkółki, którą być może przyswoiłem i zakodowałem w głowie zbyt dosłownie. Reguła brzmi:
Uderz piłkę w najwyższym możliwym punkcie, wyprężony jak struna
A bullshit! Nie do końca może... troszeczkę... Ale jednak. Pewnie, im wyżej złapiesz piłkę w momencie uderzenia, tym łatwiej skierować ją w pożądane miejsce. Oczywista geometria i przewaga dryblasów z dużym zasięgiem ramion. Od dziś jednak moja dewiza brzmi: owszem, wal w możliwie najwyższym punkcie, ale w żadnym wypadku nie kosztem luźnego ciała i innej żelaznej reguły, która brzmi:
Prowadź piłkę możliwie długo na rakiecie w pożądanym kierunku, zapewniając w ten sposób dynamikę i kontrolę nad uderzeniem
Jeżeli założyć, że uderzam piłkę przy serwisie w absolutnie najwyższym punkcie, to jak długo mogę ją prowadzić w pożądanym kierunku, niemal równolegle do nawierzchni kortu? Oczywiście niezbyt długo. Jeżeli chcę ten moment wydłużyć, siłą rzeczy zaczynam ściągać piłkę w dół, uderzając w siatkę.
Teraz daję sobie te pare centymetrów luzu. Nadal wychodzę wysoko, ale nie wyciągam się już maksymalnie w górę. Póki co - efekty przechodzą moje najśmielsze oczekiwania. Mało tego! Uderzam na luzie, bark nie protestuje.
Bierz koszyk i spróbuj poeksperymentować samodzielnie.
Aha, i pamiętaj, że reguła uderzenia w najwyższym punkcie absolutnie nie dotyczy tzw. kick serwisu, gdzie piłka na rakiecie powinna dodatkowo zostać dynamicznie pociągnięta w górę, jak na ostry topspin przystało.
piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 10 336 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Blog dla aktywnych tenisistów. Jak grać, by wygrywać :-)
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: