Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 906 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Stary dobry Jimmy...

czwartek, 28 listopada 2013 15:26

Dłuuuuugą przerwę "wakacyjną" wynagrodzę filmową opowieścią o pewnym turnieju. Opowieścią bliskogodzinną, więc rozsiądź się wygodnie w fotelu.

Potrzebujesz kopa do jeszcze agresywniejszej walki na korcie? Porady sportowych psychologów nie wystarczają? Oto zatem wulkan sportowej agresji, zawziętości, konsekwencji, energii...

Jimmy Connors

I US Open, gdzie jako trzydziestodziewięciolatek dotarł do półfinału. Nie bez przygód, rzecz jasna, ale o tym już poniżej.


Można? Można! Co prawda powiedzenie, że "na grę w tenisa nigdy nie jest za późno" nie zostało ukute na takie przypadki, ale sukces Jimbo absolutnie rozszerza owego powiedzonka znaczenie.

Connorsa można nie lubić, można nazywać dupkiem, jak to uczynił Pat McEnroe (podobny obraz wyłania się z opowieści innych ówczesnych rywali). Nie sposób jednak Connorsa nie szanować. I czerpać z tego poweru, czerpać jak najwięcej.

... oby z jak najlepszym skutkiem dla wyniku Twojego następnego pojedynku :-)


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Do przodu!

niedziela, 12 maja 2013 9:53

Kto nie idzie do przodu ten się cofa. To stare porzekadło obowiązuje również w tenisie i to na wiele sposobów! Dziś daruję sobie rozważania w aspekcie, który pewnie jako pierwszy przychodzi tu na myśl, czyli konieczności nieustannego rozwoju naszej gry. To oczywista oczywistość.

Dziś jednakoż ów rozwój siłą rzeczy będę chciał powodować. I to dynamicznie! Mowa bowiem będzie o pewnym drobnym nawyku, który potrafi być kamieniem milowym dla skuteczności uderzeń i dynamiki właśnie.

Kto nie idzie do przodu, ten się cofa... No właśnie. Pisałem kiedyś o tym, jak wiele starań zajęło mi wyeliminowanie problemu z cofaniem się przy returnie, zwłaszcza w przypadku mocnych, pierwszych serwisów. Paskudny nawyk. I, jak widzę, dośc powszechny. Efektem odchylonego do tyłu ciała jest w najlepszym przypadku absolutnie defensywne, wiszące w powietrzu, zachęcające serwującego do natychmiastowego ataku uderzenie. Albo zwyczajnie błąd.

Nieoceniony Internet pozwala szybko znaleźć radę na problemu z odbiorem.



I super! Powyższa porada nie mówi nam jednak nic o tym, w jaki sposób zachęcić nasze ciało do owego porządanego ruchu w przód. Bo rzeczywiście, pół biedy jeżeli faktycznie jest to drugi serwis, z dużą presją dla osoby podającej. Wówczas zazwyczaj mamy komfort względnie świadomej realizacji technicznej returnu. Całkiem inna bajka ma miejsce wówczas, gdy bomba z prędkością circa 200 km/h mknie w kierunku Twojej klatki piersiowej. Wówczas starannie pielęgnowaną świadomość, że należy pójść do przodu w momencie uderzenia, można śmiało uznać za bezużyteczną, delikatnie rzecz ujmując.


Chyba, że do właściwego odbioru takiego podania należycie się przygotujesz dosłownie sekundę wcześniej... 



Tak jest! Ów krok w przód połączony z naskokiem, realizowany konsekwentnie, stanowił dla mnie rozwiązanie problemu. Brzmi jak patent dla samobójców, skracać dystans do szybkiego serwisu? Pozornie. W rzeczywistości nie tylko pozwala zachować prawidłową pracę ciała przy uderzeniu, skracając tak naprawdę czas na reakcję w sposób zasadniczo niezauważalny. Pozwala też w sposób zdecydowanie zauważalny wywrzeć presję na osobie serwującej i skorzystać z siły podania, by odpowiedzieć agresywnie. W dodatku niekoniecznie ryzykownie, jeżeli do energii serwowanej piłki dodać szczyptę topspinu.

Jeszcze jeden bonus - tak zagrany return otwiera drogę do siatki. Nieoceniona rzecz w deblu!

A skoro my przy deblu, to pora zwrócić uwagę, że przecież identyczny problem pojawia się podczas grania woleja. Jakkolwiek bowiem w singlu granie woleja często wiąże się z atakiem na siatkę i, siłą rzeczy, ruchem ciała w jej kierunku, tak w deblu mamy założenie, że dwóch graczy z założenia "rozbija obóz" pod siatką. I w wielu zaobserwowanych przeze mnie przypadkach tak naprawdę ci gracze nie są tak do końca gotowi do podjęcia trudów błyskawicznej, deblowej wymiany przy siatce. Nawet, jeżeli przyjmują prawidłową postawę, z sylwetką pochyloną do przodu, ugiętymi nogami i główką rakiety dumnie prezentowaną przed twarzą.

Wszystko przez analogiczny do returnowego odruch. W obliczu strzału "testującego" naszą czujność i deblowy wolej często mamy tendencję do odchylania się w tył. Wolej traci na tym bodaj jeszcze mocniej, niż uderzenie z głębi kortu, a przeciwnik przy siatce tylko czeka na niepewne uderzenie! Pora więc upewnić się, a i dać rywalom do zrozumienia, że nasza pozycja przy siatce ma swoje uzasadnienie ofensywne.

Recepta zasadniczo jest ta sama, jak można się przekonać, analizując najlepsze przykłady.



Bracia Bryanowie podkreślali kiedyś w swoich poradach, jak ważna jest właściwa praca nóg przy siatce w grze podwójnej. Nic nowego, rzecz jasna. Ważne jednak, by zwrócić uwagę na jeden niuans, często prezentowany na powyższym klipie. Gracz ustawiający się przy siatce i czekający na swój wolej, nie stoi tam bez ruchu! I ruch wcale nie ogranicza się do krótkich podskoków. Ruch ten, o ile oczywiście starczy czasu, polega na każdorazowym wycofaniu o krok-dwa w tył w momencie, gdy partner uderza piłkę i błyskawicznym naskoku w przód, gdy czyni to przeciwnik. Tak, by zawsze być gotowym do zagrania optymalnego woleja. Świetny i prosty nawyk... Zwróć uwagę wokół siebie. Ilu graczy go stosuje?

Owszem, budowanie takiego ruchu może owocować pewnymi trudnościami, zwłaszcza jeżeli przeciwnik dobrze lobuje, a Twoja praca nóg nie pozwala na szybka reakcję. Ale to już temat na kolejną serię rozważań na temat nie tylko poruszania się po korcie, ale i czytania gry rywali.

Krótko mówiąc - niech obawy takie jak powyżej nie zniechęcą Cię do maksymalnie ofensywnego stylu grania w deblu. I do pielęgnacji nawyków, które stanowią na takie granie najlepszą receptę.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Kejs stadi – Ania i Marta

środa, 27 lutego 2013 18:01

Jak to mądrze brzmi. Case Study. Korporacyjnie niemal. A idzie o zwykły opis sytuacji z życia wziętej. Opis poczyniony po to, by lepiej poznać i zrozumieć zastosowanie czegoś… narzędzi, metod… w praktyce.

OK. Dzisiejszy post to może nie do końca case study, bo nie tyle będziemy poznawać, co zwyczajnie – nazwijmy to po imieniu – pastwić się nad dwiema moimi tenisowymi podopiecznymi. Pastwić się nad ich świeżo pozyskaną techniką, analizować, wyciągać błędy i sugerować sposoby poprawy. Ale przecież nie zatytułuję posta w stylu „Pastwienie się nad Anią i Martą”! Owszem, tytuł byłby generalnie bardziej nośny marketingowo. Lepiej sprzedający się, że tak powiem. Ale mój blog to nie brukowiec, więc niech już będzie owo naprędce skojarzone anglojęzyczne pojęcie.

Zanim zaczniemy – ważna uwaga. Dziewczyny mają za sobą treningi w ilości policzalnej na palcach dwóch rąk… Noo, może trzech, nie mam pewności… Absolutnie zatem należy brać tu pod uwagę aspekt krótkiego stażu w tej niełatwej przecież dyscyplinie sportu. Z drugiej strony – super, że udało się zarejestrować te ćwiczenia na tak wczesnym etapie trenowania. Bo przecież najbliższe miesiące, o ile konsekwentnie przepracowane, pokażą zapewne najbardziej czytelny progres. Fajnie byłoby udokumentować ów progres okresowo. Pozostaje zatem trzymać kciuki za Panie i ich wytrwałość.

Samo nagranie niestety Oskara czy tam nagród operatorskich rodem z festiwalu Camerimage nie przyniesie. Ale i nie jakość jest tu kluczem. Z czasem, wierzę, nabiorę wprawy i w tej materii. Póki co, całkiem wyraźnie widać tu kawał tenisa, więc pora zacząć seans!




Łatwo mi mówić podczas trenigów – rozluźnij się! Rozluźnij chwyt! To takie ważne. Ale czy proste? Pewnie, że nie. Przecież ja sam potrafię szarpać uderzenia, zwłaszcza w decydujących momentach trudnego meczu. Nie mówiąc już o dyscyplinach, w których sam wymagałbym zdecydowanie wsparcia instruktora, jak narty czy taniec. O czym zresztą czytelnie sobie przypomniałem podczas niedawno zakończonego wypadu w góry z okazji ferii zimowych.

Nieważne. Na korcie nadal powtarzam apele o rozluźnienie jak mantrę. Ten apel dotyczy też Ani, choć jasnym jest, że ten luz naturalnie powinien rosnąć wraz z tenisowym ograniem i pewnością siebie na korcie. Z doświadczenia wiem jednak, że na każdym etapie trenowania warto o rozluźnieniu pamiętać. Dlatego od tego aspektu zacząłem i pewnie nie raz jeszcze nawiążę. Tym bardziej, że akurat u Ani kurczowe trzymanie rakiety i „ostrożne” trafianie w piłkę często owocuje skróconym prowadzeniem rakiety. I to jest absolutnie błąd numer jeden, nad którym będziemy pracować.



Co u Marty? Tzw. timing uderzenia. Nawet lepiej ten niuans widać na filmiku, nieco z boku, niż z mojej pozycji „maszyny do wyrzucania piłek”. Spóźnione uderzenia się tu zdarzają, zresztą u Ani czasem też. Pewnie, to dopiero początki, a i być może ja nieco zbyt pieczołowity jestem w wyłapywaniu błędów timingowych (także u tych całkiem zaawansowanych graczy), ale taka pieczołowitość może tylko wyjść na dobre, zwłaszcza że przecież podczas prawdziwej gry piłka będzie z pewnością szybsza, a i nie zawsze człowiek gra na stosunkowo wolnej ziemi.

Innymi słowy, pamiętamy o jednej ze złotych reguł: zamach łapiemy, gdy tylko zdołamy odczytać, które uderzenie przyjdzie nam grać. I z zamachem już biegniemy do piłki, jeżeli trzeba. Mając zawszasu przygotowany zamach, łatwiej zdążymy uderzyć przed sobą, w najwyższym punkcie kozła.

Podsumowując – oczywiście pracy przed nami jeszcze sporo, ale jakby więcej w kontekście ogrywania się, poruszania po korcie i czucia piłki, niż katorżniczej pracy nad detalami technicznymi uderzeń. Mam głęboką nadzieję, że wytrwale będziemy w tym gronie pracować dalej, a kolejne efekty pracy ujrzysz niebawem!


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Raport z porad Townsenda zastosowania w praktyce...

czwartek, 31 stycznia 2013 21:12

Najwyższy czas. Najwyższy czas przestać ograniczać się do teoretyzowania i zacząć prezentowane tu porady wdrażać w życie tenisowe! A w zasadzie o tym pisać, bo samym wdrażaniem staram się parać względnie na bieżąco, z różnym skutkiem. Bo przecież nie od razu Kraków zbudowano, prawda? A tenis, jak wiemy, jest sportem dla cierpliwych i konsekwentnych. Niby każdy sport wymaga tych cech charakteru, gdy człowiek ma wysokie aspiracje. W tenisie jednak trzeba niespożytej cierpliwości i konsekwencji, by wykonać każdy najmniejszy kroczek na drodze do rozwoju.

Ale ja dziś nie o tym… Ja dziś o jednym z poprzednim postów, w którym komentowałem kolejną serię porad psychologicznych Craiga Townsenda. Ten odcinek o leniwych początkach meczów Ivana Lendla i nieustępliwej walce do samego końca. Fajnie brzmiały te porady. Może nawet dały Tobie garść zapału, zmotywowały do wyjścia na kort i sprawdzenia swoich sił z trudnym przeciwnikiem. Palec jednak pod budkę, kto tak naprawdę podjął się realizacji opisanych tam sugestii w praktyce?

Ja! Ja się podjąłem. W pełni świadomie. Z nieco zaskakującym skutkiem, o czym za chwilę.

Jmmy Connors powiedział kiedyś, że dzisiejszy tenis dzieli się na specjalistów od poszczególnych nawierzchni i Rogera Federera. Traf chciał, że nie jestem Rogerem Federerem. Ba, nawet z samą Szwajcarią niewiele mam wspólnego, poza niezapomnianymi wrażeniami z wakacji w szeroko pojętych okolicach Bazylei. Czy jestem specjalistą od jednej konkretnej nawierzchni? Siłą rzeczy tak, bo na jednej grywam przez 99% czasu. Zimą też odwiedzam kryte korty ziemne, z rzadka zaglądając do lokalnego klubu, gdzie gra się na nawierzchni zbliżonej do popularnych w Stanach hardcourtów. Nawierzchni z pewnością szybszej niż cegła, ale gdzie jej tam do trawy czy klepki parkietowej! O samym parkiecie zdążyłem zresztą już zapomnieć. To były tak odległe dziecięce lata, gdy całą zimę niemal spędzało się na parkiecie, bo popularnych „balonów” nikt wówczas jeszcze nie stawiał!

A jednak, mniej więcej raz w roku (czasem częściej) zdarza mi się wyjść na naprawdę szybką nawierzchnię. Zdarza mi się zagrać na sztucznej trawie, zdarza mi się zagrać na parkiecie. Zdarza mi się wreszcie zagrać turniej na bliżej mi nieznanej sztucznej nawierzchni, która bardzo podobnie do klepki się zachowuje. Kozioł jest szybki i bardzo słabo oddaje rotację. Lakier raczej śliski… Jednym słowem – całkiem odmienne warunki grania od tych „codziennych”. Potrzeba dużo czasu, by taką nawierzchnię zwyczajnie poczuć. Trudno tu deklarować się, czy lubię takie granie, czy dobrze się czuję w takich warunkach… Czy mógłbym zostać specjalistą od nawierzchni parkietopodobnych… Wiadomo, że nie można się czuć komfortowo na nawierzchni, której się nie zna. Zanim ją poznam – turniej mija. I za rok muszę się uczyć od nowa…

W międzyczasie robię co mogę, by maskować swój brak ogrania, brak czucia piłki. Krótkie zamachy, uderzenia często bardziej blokowane, niż wyprowadzone na pełnej swobodzie i w pełnym zakresie ruchu. Defensywa… dość koślawa zresztą. Bo o ile defensywę na ziemi mogę wzbogacić subtelnymi zmianami rotacji, tutaj tej rotacji po koźle zwyczajnie nie ma. Sytuacja beznadziejna? Nie do końca… Jest jedno uderzenie, które nieco maskuje moje problemy. Serwis. Przynajmniej dopóki starcza sił, serwis funkcjonuje sprawnie, nie potrzebuję go szarpać i w co drugim gemie mam pewien komfort.

Wszystko to razem zebrane w całość jakoś pozwala przetrwać. Przynajmniej początkowo, przynajmniej przeciwko graczom, których ofensywny styl grania generuje niewymuszone błędy. Gdy ktokolwiek zaczyna orientować się w sytuacji i próbuje przechodzić na dłuższe, bezpieczne, regularne wymiany, mam poważny problem. A kulminacja problemów tego rodzaju czeka na mnie w finale, w osobie przeciwnika nieustępliwego, regularnego, wybieganego, wytrawnego taktycznie. Teoretycznie na szybszej nawierzchni powinno być łatwiej z takimi walczyć, bo i piłka szybsza, pogonić niby prościej, skończyć szybciej. Pewnie, o ile czujesz kozioł i wchodzisz w piłkę pełną parą. Jak dla mnie, tu i teraz – mission impossible. Ale przecież na mecz trzeba mieć plan!

Z braku laku biorę plan zapożyczony od Ivana Lendla – zacznę leniwie, spokojnie. Zobaczę, co się dzieje. I stopniowo będę podkręcał tempo! Super. Zacząć leniwie – nie problem. Podkręcić tempo? Znacznie trudniej, zważywszy na wyżej opisane okoliczności. Pierwszego seta przegrywam bez żadnej historii 6/2 i co gorsza nie mam żadnych pomysłów na odwrócenie losów meczu. W takich momentach człowiek najchętniej wsiadłby w samochód i szybko wracał do domu. Ale co z resztą tamtego odcinka porad Townsenda, gdzie było międz innymi o Lendlu? Co z niezłomna wolą walki i niepoddawaniem się do samego końca? Co z tego, że nie idzie i że nie ma widoków na to, żeby szło? Dopóki piłka w grze… Skoro w futbolu takie powiedzenie ma rację bytu, w tenisie tym bardziej.

Ruszam zatem w drugi set z nieco lepszym morale. Jest lepiej? Może trochę, choć cudów w hollywoodzkim stylu jakoś nie widać. Mam dwa razy po 40:15 tylko po to, by dać sobie wyrwać obydwa gemy. Ale gram inaczej. Jakby z większą energią. Zaczynam przestawiać się na forhend, ostrzej wchodzić w piłkę. Nie to, żeby demolować kończącym uderzeniem, w żadnym wypadku… Wszak nadal nie czuję kozła i taki pomysł namnożyłby tylko błędy po mojej stronie. Idę w topspin, „podwyższam poziom gry”, jak to niektórzy dowcipnie określają taki i podobne style grania. Nic to, że rotacja niewiele daje na śliskiej nawierzchni. Ja mam swój nieco bardziej argesywny styl grania i o dziwo zyskuję kontrolę nad wymianami. A przeciwnikowi wyraźnie niewygodnie gra się przeciwko takim wysokim uderzeniom.  Gracz, który dotąd łapał każdą niemal, dowolnie trudną piłkę, sięgając z imponującą precyzją najniższe nawet szczury slajsowe, zaczyna gubić się przy wysokich topspinach, odgrywając często wysoko i w pół kortu.

Nie, nie będzie happy endu. Przegrałem drugiego seta 4:6, przegrałem cały mecz finałowy. Katastrofa? Nieeee… Wszak Mirek wygrał ten turniej po raz trzeci z rzędu. Ale wyniosłem z tego meczu więcej, niż spodziewałem się, że wyniosę. Wyniosłem pomysł na granie z tego typu rywalem. I konsekwentnie ten pomysł realizowałem, nie zrażając się pojedynczymi błędami. I będę konsekwentnie realizował w przyszłości. Już w maju nadarzy się zapewne okazja do rewanżu. Na ziemi. I okazja do wygranej, tym razem przeze mnie, po raz trzeci z rzędu w tamtym turnieju. Dwa poprzednie to była droga przez mękę, właśnie w półfinałach przeciwko Mirkowi. Może teraz, gdy uzbrojony jestem wreszcie w konkretny pomysł, mecz dostarczy więcej przyjemności z gry? Już nie mogę się doczekać.

Warto walczyć do końca? Pewnie. Nawet, jeżeli ostatecznie jednak przegrasz. Nawet, jeżeli nie uda się do końca odnaleźć i wyeksploatować swoich przewag. Nigdy nie wiadomo, co pozytywnego można z meczu wynieść. Dlatego im dłużej się w takim meczu utrzymujesz z wojowniczym, pozytywnym nastawieniem, tym lepiej dla Ciebie i Twojego tenisa. Walcz zatem o każdą dodatkową wymianę. Tak jak, że porównam sugerując się obfitym śniegiem za oknem, wielcy skoczkowie narciarscy walczą na zeskoku o każdy dodatkowy centymetr, o każdy najlżejszy podmuch wspierającego wiatru. Walcz!


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Forhend krok po kroku. Krok drugi - uchwyt.

piątek, 11 stycznia 2013 17:22

Banał? Być może. Rzecz oczywista? Czasami. Od prezentacji książkowego uchwytu zaczyna się zwykle nauczanie każdego uderzenia. I rzecz jasna słusznie, bo prawidłowe trzymanie rakiety to z jednej strony niuans absolutnie podstawowy, z drugiej – łatwy do szybkiego pokazania. I odhaczenia na trenerskiej checkliście.



Bynajmniej nie oznacza to jednak, że uchwyt jest faktycznie tematem na ową chwilę, w czasie której adept poznaje sposób wzorcowy. Żeby nie było nieporozumień – w żaden sposób nie wrzucam tu kamyczka do ogródka szkolących, którzy nauczając podstaw nie rozwodzą się nad tematem uchwytu w sposób encyklopedyczny, o ile oczywiście w jakiejś encyklopedii ktokolwiek nad tenisowymi detalami technicznymi się pastwi. Sam staram się ograniczyć wstępny instruktaż do niezbędnego minimum. Bo wiem, jaką dezorientację u osoby początkującej może spowodować nadmiar teoretycznych wskazówek, nadmiar złotych reguł do jednoczesnego zapamiętania i, o zgrozo, do natychmiastowego wdrożenia. Jestem gorącym zwolennikiem tych koncepcji, które zakładają maksymalne uproszczenie początkowego procesu nauczania uderzeń, które kładą nacisk na najważniejsze aspekty, resztę uzupełniając powolutku, przy okazji, jakby mimochodem.

W przypadku początków forhendowych wystarczy zatem wiedzieć, że książkowa reguła zaleca chwycić rączkę tak, by płaszczyzna główki znajdowała się w niemal pionowym położeniu, z górną krawędzią przekręconą lekko w lewo, w okolice „godziny 11”. Dla leworęcznych – analogicznie w przeciwną stronę. Tyle na początek.

Schody zaczynają się wówczas, gdy głodnemu wiedzy tenisowej uczniowi tak sformułowana regułka przestanie wystarczać. Bo inny uchwyt być może wygodniejszy… Bo zobaczy w telewizji, że ten czy inny mistrz trzyma jednak rakietę inaczej. Dlaczego? Co jest nie tak z uchwytem książkowym, że często bywa korygowany? Powody mogą być różne. Ważne, że uczeń zaczyna wnikać, zaczyna zadawać pytania. Czasem nawet z nutą pretensji, że musi być tą stroną aktywną, która ciągnie trenera za język.

Nie ma chyba nic lepszego na treningu, niż doprowadzenie do takiej sytuacji. Wiedza przekazana w takim momencie wchodzi do głowy najlepiej. Wierz mi, niektóre żelazne reguły i kanony można podczas treningu powtarzać setki razy, można uczynić z tego tradycję, w końcu gdzies tam spowszednieją, ale nie trafią na podatny grunt. Informacja „zdobyta w sposób aktywny” ma zdecydowanie inną trwałość. Zostaje w głowie znacznie częściej i na znacznie dłużej.

To jak, podyskutujemy o uchwycie?

Klasyczny wariant to wybór z gatunku tak zwanego „złotego środka”. Daje furtkę do agresywnych topspinowych rotacji (tak naprawdę to furtka zawsze jest, ale o tym potem), a jednocześnie nie stanowi najmniejszej przeszkody, gdy chcesz huknąć płasko, nie nadając piłce żadnej rotacji. Mówimy tu zatem o wariancie w miarę możliwości uniwersalnym. Punkcie wyjścia do budowania własnego uderzenia. Punkcie wyjścia, od którego możemy przebyć długą drogę, albo i niekoniecznie, na krok też można się zeń nie ruszyć. Punkcie wyjścia, do którego można powracać, gdy taktyka będzie tego wymagać lub gdy zwyczajnie forhend zacznie zawodzić i trzeba będzie uderzenie, niejako w locie, przemodelować.



Bo inne warianty uchwytu mają oczywiście swoje zalety, ale mają też swoje żelazne wymagania, nie zawsze łatwe w realizacji. Szczegóły? Już wyjaśniam, na przykładach z życia wziętych.

Stara szkoła tenisa często proponowała granie rakietą otwartą, z uchwytem tzw. kontynentalnym, czyli niezmiennym dla bekhendu i forhendu, z zachowaniem idealnie pionowej płaszczyzny główki. Zalety? Głębokie, soczyste uderzenie, grane pozornie bez większego wysiłku. Zazwyczaj tenisiści, którzy grają w ten sposób postrzegają forhend jako swoją silną broń. O ile oczywiście odpowiednio przyłożą się do jego opanowania. Nie to, żeby inne warianty dało się grać z marszu, bo oczywiście przyłożyć się trzeba, i to zdrowo, w każdym przypadku. A jednak, forhend z otwartej rakiety siłą rzeczy jest wersją szczególnie podatną na błędy. Na auty zwłaszcza. Nie ma tu naturalnego, wynikającego z natury uchwytu „nakrycia” wyprowadzanej piłki płaszczyzną naciągu w końcowej fazie uderzenia. O prawidłowe wykonanie ostatniej fazy trzeba się tu szczególnie zatroszczyć. Szczególnej pieczołowitości należy dołożyć, by piłka nie uciekała w sposób niekontrolowany. Starannie doprowadzić główkę do lewego (u praworęcznych) barku.

Mitem natomiast jest, że granie otwartą rakietą ogranicza do płaskich uderzeń. Tak, dynamiczny topspin grany takim uchwytem to już nieco wyższa szkoła jazdy, ale jego wykonanie jest jak najbardziej możliwe z zastosowaniem takiego uchwytu. Sekret tkwi tu w zdecydowanym poderwaniu nadgarstkiem główki rakiety w górę w ostatniej fazie kontaktu naciągu z piłką, ruch do złudzenia przypominający pracę wycieraczki i często zresztą w ten sposób w żargonie nazywany. Wymaga zatem niezłej kondycji i wytężonej pracy przedramienia oraz nadgarstka. Sam chętnie sięgam po uchwyt bliski kontynentalnemu, zwłaszcza gdy mam problemy z utrzymaniem odpowiedniej głębokości uderzeń, najczęściej w konsekwencji słabej pracy zmęczonych nóg. Wówczas najchętniej gram takie uderzenia w wersji topspinowej, chętnie korzystając z ich dynamiki i doceniając większą odporność na ewentualne błędy.

Odporne na błędy są też uchwyty stricte topspinowe, z główką niemalże przekręconą do ułożenia poziomego, a w wersjach skrajnie hard-core’owych nawet jeszcze mocniej. Zwolennicy tenisa spod znaku Roland Garros, z naciskiem na szkołę hiszpańską na pewno wiedzą, w czym rzecz. Uderzenie bezpieczne w tym sensie, że dzięki wysokim parabolom lotu piłki z dużym marginesem przelatuje ponad siatką, a jednocześnie spada szybko w odpowiednim momencie, by nie polecieć w aut. A przyspieszenie piłki po koźle skutecznie zabezpiecza przed atakami agresywnego przeciwnika. Czy wobec tego można uznać topspin za uderzenie defensywne? Tak był onegdaj rzeczywiście postrzegany. Wiele jednak zmieniła w tej kwestii postać pewnego leworęcznego Majorczyka, który dynamikę topspinowego forhendu doprowadził, dzięki sile fizycznej i swoistej technice do poziomu zabójczo ofensywnego dla wszystkich rywali.



Śmiało zatem można budować ofensywny tenis na uderzeniach topspinowych. Warunek jest jeden i zasadniczy – katorżnicza praca nóg! Nie ma agresywnego topspina bez zdecydowanego przejścia do przodu w trakcie i po uderzeniu. Może być to wręcz przeskok, jak to czyni wiele gwiazd. O pracy nóg przy forhendzie będę jeszcze pisać w cyklu. Dziś dość powiedzieć, że ofensywny topspin to nie tylko ciężka praca nadgarstka, ale i obowiązkowa baza, jaką dają nogi i ciało. Gdy tej bazy nie będzie – piłka zsunie się po naciągu i straci na dynamice oraz głębokości uderzenia.

Jak wspomniałem wcześniej, sam często łapię się na tym, że gdy gram wyczerpujący mecz, mój forhend topspinowy staje się łatwym łupem dla ataków przeciwnika. Gdy muszę go grać z trudnych pozycji, dobieganych, gdy nie starcza już nóg na ostre wejście w przód, forhend staje się krótki i anemiczny. Wówczas chętnie skręcam uchwyt w kierunku kontynentalnego, czy może częściej – w kierunku klasycznej „jedenastej godziny”. Pewnie, nadal brakuje mi nóg wówczas, by w pełni korzystać z tej zmiany i uderzać soczyście, jednak owe wyciągane piłki gram od tej pory jakby bezpieczniej dla siebie, głębiej, a i zaskoczyć czasem przeciwnika mogę subtelną zmianą rytmu, rotacji.

Temat uchwytu to dobry przykład złożoności tenisa. Wydawałoby się – drobiazg, kropla w morzu techniki. A może stanowić przedmiot szerszych rozważań, także taktycznych. W żadnym wypadku jednak takie kompleksowe potraktowanie tematu nie powinno zniechęcać początkujących! Tu reguła pozostaje prosta: przyswajamy „uchwyt na godzinie jedenastej” i odhaczamy, jak to nieco ironicznie nazwałem na wstępie, checklistę. Później, zazwyczaj, dojrzewamy do zabawy z wersjami topspinowymi. W jakim by jednak kierunku ewolucja Twojego uchwytu nie poszła, zachowaj dziś w pamięci, że zawsze masz tu spore pole do manewru. Umiejętne zeń korzystanie może uratować mecz.

Bo przecież wiesz już, że walczyć trzeba do końca, a i próbować musisz wszystkich dostępnych furtek? Niebawem podzielę się z Tobą na blogu moimi ostatnimi doświadczeniami, jak to z tą walką do końca bywa.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  426 300  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Blog dla aktywnych tenisistów. Jak grać, by wygrywać :-)

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 426300

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Zdrowie & Fitness

Pytamy.pl